Raport Narodowego Banku Polskiego o
sytuacji na rynku nieruchomości mieszkaniowych
w Polsce w latach 2002 – 2009 i co z
niego wynika
Rozmowa z prof. dr. hab. Jackiem Łaszkiem, doradcą
prezesa Narodowego Banku Polskiego wykładowcą Szkoły Głównej Handlowej przeprowadziła
Krystyna Milewska Dział Analiz
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości.
Zalewa nas fala
różnych raportów. Wiele z nich powstaje na podstawie wirtualnych danych lub,
jeżeli nawet danych rzetelnych to bardzo skromnych baz. Na podstawie, jakich
danych został sporządzony raport NBP?
Raport powstał na podstawie badań własnych lokalnych
oddziałów NBP w 16 miastach Oddziały NBP nawiązały współpracę z pośrednikami w
obrocie nieruchomościami a także deweloperami i to od nich uzyskujemy dane o
zawartych transakcjach. Poza tym nasi lokalni analitycy mają dostęp do badań
Wojewódzkich Urzędów Statystycznych, aktów notarialnych. Kupujemy i mamy dostęp
do różnych baz danych jak przykładowo AMRON tj. bankowa baza danych dotycząca
cen i wycen mieszkań finansowanych kredytem, GUSowska baza gospodarstw domowych
oraz innych. Jednym słowem analizujemy i porównujemy dane z różnych źródeł, tak,
aby w raporcie znalazły się już dane wiarygodne o tyle o ile jest to możliwe na
tym trudnym rynku. Korzystamy tez z bazy SARFIN-u, czyli danych z banków o
udzielanych kredytach na kupno i budowę mieszkań jak też REASu w zakresie cen
ofertowych, kosztów i ilości transakcji na rynkach.
Raport obejmuje lata
2002-2007 – w jakim miejscu znajdował się wtedy rynekmieszkaniowy?
Po 2000 roku rozpoczęła się
ekspansja kredytów mieszkaniowych – przedtem ich rozwój hamowała inflacja i
wysokie stopy procentowe. Po 2002 roku było coraz bliżej do wstąpienia Polski
do Unii Europejskiej. Inflacja była już w miarę opanowana, stopy procentowe
spadły do poziomu jednocyfrowego, a to już sprzyjało zaciąganiu kredytów. Kurs
złotego był w miarę stabilny pojawiła się możliwość korzystania z kredytów
denominowanych kursem dolara, euro i w końcu franka szwajcarskiego. A
oprocentowanie tych kredytów było stosunkowo niskie. Te czynniki plus to, że na
rynek wkroczył wyż demograficzny z lat 80 zwiększało popyt na mieszkania i
musiało w konsekwencji wywołać wzrost cen.
Jak wyglądamy na tle
innych krajów, jeżeli chodzi o nasycenie mieszkaniami i coroczne przyrosty?
Ja bym określił to najkrócej jednym zdaniem:
Proporcjonalnie do naszego PKB. Nie da się ukryć, nie jesteśmy bogatym krajem. Rynek
mieszkaniowy nie odbiega tu poziomem od poziomu naszej konsumpcji.
Raport wspomina o
cyklach koniunkturalnych. O tym, że rynek mieszkaniowy i w ogóle rynek
nieruchomości podlegają cyklom koniunkturalnym wiadomo od dawna. Ale czy
dotyczy to tylko krajów o rozwiniętych rynkach nieruchomości? W Polsce
praktycznie wolny obrót nieruchomościami jest od 20 lat po blisko półwiecznej
przerwie. Jak by określił Pan fazę rozwoju tego rynku u nas?
Pierwsza faza rozwoju rynku po wspomnianych latach przerwy
to przede wszystkim zmiany strukturalne. Na rynku przestaje dominować
budownictwo spółdzielcze, pojawiają się deweloperzy. Potem mamy wzrost rynku w
latach 1998 -2001 i do mniej więcej 2005 roku spadek. A potem już szybki
wzrost, boom cenowy itd. Gdyby nie pękła bańka spekulacyjna w USA,
niewykluczone, że i u nas ten balon spekulacyjny puchłby jeszcze bardziej,
powodując później znacznie większe problemy dla sektora i gospodarki. Jednak do
katastrofy na miarę Hiszpanii mieliśmy daleko.
Jakie cechy
charakteryzują polski rynek mieszkaniowy?
Przede wszystkim – brak transparentności. To nie jest rynek
przejrzysty, który można w miarę rzetelnie i łatwo opisać, wyciągać wnioski. Problemem
jest stworzenie rzetelnych baz danych. Cechują go też skrajne regulacje: z
jednej strony mamy przesadną ochronę lokatora z drugiej zupełny brak ochrony
klienta dewelopera.
Więcej informacji na
temat raportu będzie przekazane podczas XV Kongresu Polskiej Federacji Rynku
Nieruchomości w dniu 15 października 2010 roku w Warszawie, w Hotelu
InterContinental.