Szanse i zagrożenia na polskim rynku nieruchomości
Szanse i zagrożenia na polskim rynku nieruchomości
Rozmowa z
dr hab. Elżbietą Mączyńską, profesorem Szkoły Głównej Handlowej
i prezesem
Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego
Na XV Kongresie Polskiego
Rynku Nieruchomości 15 października powie Pani o szansach i zagrożeniach tego
rynku. Co jest dla niego szansą a co mu zagraża?
Polska jest krajem ogromnie nie doinwestowanym, brakuje nam
infrastruktury, czyli uzbrojonych terenów, dróg, komunikacji. Brakuje też
mieszkań. Ten nienasycony, głodny rynek to z jednej strony szansa, zachęca
bowiem do inwestycji a to oznacza zwiększanie miejsc pracy i generalnie poprawę
koniunktury gospodarczej. Ale w ekonomii każde zjawisko ma dwie strony: pozytywną
i negatywną.Ekonomia i gospodarka to
nie western. Pojawieniu się pozytywnych skutków towarzyszą zjawiska– które mogą być zagrożeniem. Polityków i
innych aktorów życia gospodarczego, podejmujących decyzje ekonomiczne bez takiej
kompleksowej wiedzy o dwóch stronach określam – jako „jednoręcznych ekonomistów”.
Dla rynku nieruchomości zagrożeniem może być syndrom „jednorękiego ekonomisty”
nie dostrzegającego wielu czynników, np. że rozwój rynku nieruchomości ogranicza
u nas poziom dochodów ludności.
Obecne zapotrzebowanie na mieszkania – określane liczbą
rodzin bez własnego lokum jest popytem nominalnym, niepopartym siłą nabywczą. Nie jest to zatem
popyt efektywny. Jakie wynikają z tego faktu szanse? Dla sektora finansowego to
sygnał, by zintensyfikować kredytowanie. Z drugiej jednakstrony, przestrogą są Stany Zjednoczone,
gdzie nakłaniano ludzi za wszelką cenę do kupowania kolejnych mieszkań a to doprowadziło
do syndromu kredytobiorców NINJA (No
income, no job and assets" - bez
dochodów bez pracy i aktywów czyli majątku). Trudno oczekiwać, że taki
klientbędzie mógł spłacać zaciągane kredyty
wraz z odsetkami. Wmawianie ludziom, że każdy, nawet biedak, może stać się
posiadaczem nieruchomości w USA ożywienie popytu, ale też niebotyczny wzrost cen
nieruchomości. W konsekwencji spowodowało toprzegrzanie gospodarki i ta gorączka skończyła sięwielkim krachem na rynku nieruchomości.
Ale dlaczego takich
kredytów udzielano – czy banki nie widziały, że mogą być nie spłacone?
Zakładano - i w wielu kręgach konsumentów, inwestorów w to
wierzono, że skoro przez około 20 lat ceny nieruchomości w USA bezustannie
rosły, to nadal będą rosły. Dotyczyło to zwłaszcza cen gruntów (bo przecież
ziemi nie przybędzie).Jeślicenynieruchomościciągle rosną,
tonawet gdy rzeczonaNINJA nie będzie w staniespłacać długu, to bank-kredytodawca będzie
mógł przecieżprzejąć obciążony hipoteką
dom, sprzedać i odzyskać kredyt
wrazz odsetkami i to z nawiązką.
Tymczasem okazało się, że cykl się odwrócił, ceny
nieruchomości nie tylko przestały rosnąć, ale nawet zaczęły spadać. Zabrane i
licytowane za długi domy nie uzyskiwały ceny pokrywającej zadłużenie, bo ceny
spadły. Wywołało to falę bankructw banków i towarzystw ubezpieczeniowych. Niestety,
po raz kolejny potwierdziło się, żew gospodarce
jest tak, że jak coś rośnie, to znaczy, że będzie spadać. Gospodarka rynkowa
rozwija się bowiem cyklicznie, sinusoidalnie. Tego nie uwzględniono.
Problem tylko z
określeniem czasu – jak długo jeszcze może rosnąć i kiedy zacznie spadać?
Globalizacja te cykle nieco zamazuje – ale jednak one
istnieją. Swego czasu uczono nas, że socjalizmpotrafi przełamywać cykle koniunkturalne czyli syndrom gór i dołów,
wzlotów i upadków w gospodarce, aleza
to była to niecykliczna, jednofazowa gospodarka permanentnego niedoboru.
Czy bankowcy, finansiści prowadzący
taką beztroską politykę kredytowania nie wiedzieli o istnieniu cyklu z jego
powtarzającymi się okresami spadków i wzrostów cen?
Oczywiście wiedzieli, ale nie potrafili oszacować, kiedy
dana faza cyklu się skończy. W USA już kilkakrotnie ogłaszano koniec kryzysu na
rynku nieruchomości i zaraz potem otrzymywaliśmy informacje o ponownym spadku
cen. Niekorzystna sytuacja na rynku nieruchomości w USA wciąż się utrzymuje.
A dlaczego zakładano,
że te ceny powinny cały czas rosnąć?
Ze względu na interesy. Zwyciężyła chciwość i żądza zysków,
przyćmiewając rozsądek i refleksję ekonomiczną. Jeżeli bowiem wynagrodzenie
bankowca zależy od liczby udzielonych kredytów czy pobieranych prowizji – to
oczywiste, że będzie zawsze przekonywał klientów do zaciągania długów.Instytucje finansowe i inne przedsiębiorstwa
nastawione sąna zyski szybkie.
Marginalizowane jestpodejście
długofalowe. Doskonale opisał to specjalista od obrotu papierami wartościowymi,
były pracownik Wall Street MichaelLewis
w swoich książkach, których tytuły mówią same zasiebie – „Poker kłamców”oraz „The Big Short”. (Książki te stały się
zresztą kanwą znanychfilmów: „Wall
Street” i „Wall Street II” z ich podstawowym przesłaniem, że chciwość jest
dobra, jest OK.).
Ale czy równolegle bankom
przybywało pieniędzy, aby udzielać coraz więcej kredytów?
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Hipoteki obrastały
derywatami czyli instrumentami pochodnymi,pochodnymi papierami wartościowymi. Najprościej można to przedstawić
tak: Pani kupiła dom na kredyt, bank ustanowił hipotekę zabezpieczającą dług.
Hipoteka to papier wartościowy zabezpieczony nieruchomością. Hipoteka uważana
jest za dobre mocne zabezpieczenie. Banki, chcąc uruchomić nowe źródło
pieniędzy, emitowały obligacje zabezpieczone tą hipoteką. Obligacje kupują
klienci szukający atrakcyjnych lokat i mamy sytuację, że ta sama nieruchomość
zabezpiecza i hipotekę, i obligacje. Jest zatem pośrednio podwójnie, a następnie
po wielokroć obciążona. Tymi obligacjami zabezpieczanobowiem kolejne zobowiązania i w ten sposób
kreowano tzw. pieniądz fiducjarny, czyli nie mający pokrycia w szlachetnym
kruszcu (np. w zlocie) i nie zabezpieczony dobrami rzeczowymi. To wygodnypieniądz, bo ożywia popyt i nakręca koniunkturę – ale
niebezpieczny. A że tak łatwo było zarabiaćna kolejnych papierach
wartościowych to była silna motywacja, aby coraz więcej ich wytwarzać.
Do czasu, gdy ubogi
kredytobiorca nie był w stanie spłacić długu.
Właśnie. Ale taka polityka żywiła wielu pracowników oraz
instytucji sektora finansowego i ubezpieczeniowego - boprzecież dochodziły jeszcze ubezpieczenia
tych kredytów - zapewniającim krociowe
zyski. Sektor finansowy się rozrastał, emitując toksyczne, bo bez wystarczającego
zabezpieczenia, papiery wartościowe. Papiery te tworzyły para-pieniądz. W
wyniku tego emisja pieniądza wymknęła się spod kontroli państwa. Pieniądz to
krwiobieg gospodarki, ale ta krew została zatruta. Dzięki emisjom papierów
wartościowych - na inwestorach, przedsiębiorcach sektora realnego żerowała
pasożytnicza grupa sprzedawców, raczej pośredników w sprzedaży owych produktów
finansowych, niczym huba na drzewie, Żywicielem miał być ten inwestor, który
zadłużył się np. na kupno nieruchomości. Żywicielem był sektor niefinansowy, sektor
gospodarki realnej. Sektor finansowy jest ważnym filarem gospodarki, aleokazało się, żerozrósł się onnieproporcjonalniew stosunku do sektora realnego.Jak wynikaz wielu analiz, żyjemy w społeczeństwie, w którym coraz więcej ludzi nic
nie wytwarza, handluje tylko papierami, żyje z przeprowadzania operacji
finansowych i dostaje za to całkiem realne, nierzadko bajońskie pieniądze.
Rozmowę przeprowadziła Krystyna Milewska – Polska Federacja
Rynku Nieruchomości
Więcej informacji podczas
XV Kongresu Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości w dniu 15 października 2010
roku w Warszawie, w Hotelu InterContinental.